
Bardzo rzadko a praktycznie wcale nie pokazuję tu swoich prac ręcznych a prawda jest taka,że mocno zainspirowana blogowymi lekturami spróbowałam wielu rzeczy.Zaczęło sie od decoupage ,parę prac popełniłam ale póżniej przyszła refleksja,że to nie dla mnie.Ilość wzorów i motywów ,które mi się podobały była za duża i proces decyzyjny miałam utrudniony.
Coś tam uszyłam na maszynie i nadal to robię ,szując najchętniej poduchy ,bo to one najszybciej mogą zmienić klimat w mieszkaniu.
Trochę tez pacykowałam na biało -szaro na starych połeczkach i pewnie to kiedyś pokażę.
Jakiś czas temu wyszywałam też krzyżykami, póżniej miałam kilka lat przerwy.Aż w moich wędrówkach blogowych trafiłam do Lorety http://loretablog.blogspot.com/.Loreta robi przepiękne zdjęcia i wyszywa małe obrazki krzyżykami, pięknie ,starannie.Ten blog to jest dla mnie cały czas wizualny eden, bo tam sie wchodzi jak do bajki,do wymyślonego przez Loretę świata...
I tak po nitce do kłębka tam odkryłam dla siebie Corinne Rigadeau, która wymyśla wzory do haftowania krzyżykami.Proste ,naiwne obrazki ,o charakterystycznej "kresce", bezpretensjonalne, które nie udają niczego ,czym nie są-ani obrazów ,ani plakatów haftowanych nićmi.Obrazki są niewielkie, więc nie są to prace na długie miesiące, nie nużą więc i nie nudzą.Ten pierwszy, skończony i oprawiony jest moją wersją wzoru pani Corinne .
Zaczęłam następny obrazek ,co też pokazuję i musze powiedzieć,że już dawno nic mnie tak nie uspokajało i wyciszało ,jak dłubanie w tych płócienkach. Gdzieś muszę odreagować niepokój i ciężar ostatnich miesięcy a jak tak sobie krzyżykuję to czuję jak opada ze mnie warstwa po warstwie całe napięcie...nie mówiąc o tym,że odziedziczyłam po mamie całe pudła z muliną bo też haftowała....chyba to wszystko tak właśnie miało być z tym wyszywaniem....




